Justyna Gnoińska
52 lata, Strumica
1
2
3

Biografia

Pochodzi z Dolnego Śląska, z Twardogóry. Skończyła nauki polityczne we Wrocławiu. Przez rok pracowała w szkole w swoim rodzinnym mieście. Do Macedonii przyjechała na stałe w 1984 roku, z miłości do męża, którego poznała kilka lat wcześniej na plaży w Bułgarii. W Strumicy imała się różnych zajęć – była sprzedawczynią, prowadziła własną firmę handlową, zajmowała kierownicze stanowisko w fabryce mebli, a w końcu została dyrektorką ośrodka dla niepełnosprawnych w uzdrowisku Bansko, koło Strumicy. Ma dwie dorosłe córki – Brankę i Jadwigę.

Przed migracją

Urodziła i wychowała się w Twardogórze, miasteczku na Dolnym Śląsku. Tam też skończyła liceum ekonomiczne. Na studia poszła do Wrocławia – ukończyła nauki polityczne na tamtejszym uniwersytecie. Kiedy była na trzecim roku studiów, wybuchł stan wojenny. W związku z sytuacją polityczną zrezygnowała ze specjalizacji dziennikarskiej, wybrała pedagogiczną. Tuż po studiach przez rok pracowała w swoim rodzinnym mieście jako dyrektorka liceum oraz nauczycielka historii i wychowania obywatelskiego.
W 1981 roku przeszła ciężkie zapalenie płuc (wspomina: „Pamiętam, że jak był zamach na papieża w maju, jak oglądaliśmy w Polsce, ja wtedy leżałam w łóżku”) i lekarz zalecił jej wyjazd do ciepłych krajów. Na wakacje wyjechała z siostrą do Bułgarii. Wyjazd był w jej życiu przełomowy – tam poznała swojego przyszłego męża.

Migracja — motywacja

Przyszły mąż Justyny, Mitko, zauważył ją na plaży – wyróżniała się blond fryzurą i tym, że w ogóle nie wchodziła do wody (ze względu na niedawne zapalenie płuc). Znajomość trwała tylko tydzień – potem czasem korespondowali – i pewnie by się w końcu urwała, gdyby nie dwa dziwne zbiegi okoliczności. Pierwszy: w następne wakacje Justyna znów wybrała się nad Morze Czarne, w to samo miejsce w Bułgarii. „Byłyśmy z siostrą tam – wspomina – i wchodzimy do restauracji, ja tak się popatrzyłam… bo miałam jednak te wspomnienia, znałam tego chłopaka, ale urwał się kontakt i tak dalej. Patrzę… a on siedzi sobie z kolegami przy stoliku. I ja patrzę, on patrzy… i po prostu wszystkie krzesła i stoliki były poprzewracane po restauracji!”
Znajomość odżyła, ale później znów sprowadzała się do listów i sporadycznych telefonów.
Wcześniej przyjaciółka Justyny ze studiów wyszła za Macedończyka i osiedliła się w Bitoli. Kiedy dowiedziała się, że Justyna również poznała Macedończyka (jak się okazało, byli kolegami ze studiów), postanowiła ją do siebie zaprosić:
„Justyna, jak chcesz, możesz się z Mitkiem spotkać. Przyjedziesz do mnie – jak będzie chciał się z tobą spotkać, to się spotkacie, przyjedzie do Bitoli.”
Justyna była już wtedy dyrektorką szkoły, postanowiła więc wybrać się do Jugosławii w ferie zimowe. Mitko był w tym czasie w wojsku, w Chorwacji. Zawiadomiła go tylko, że wybiera się do Jugosławii pod koniec stycznia, bez podawania dokładnej daty. Wyruszyła z Katowic, w Belgradzie przesiadła się do pociągu Zagrzeb-Bitola… Gdy tylko wsiadła, usłyszała znajomy głos:
„Justyna, to ty?!
– Tak, to ja!” – to drugi zbieg okoliczności, kolejne przypadkowe spotkanie. Mitko już w pociągu powiedział, że nie pozwoli Justynie jechać do Bitoli i zabiera ją do Strumicy. Dała się namówić i wysiadła z przyszłym mężem w Skopju. Od tego momentu Mitko zaczął przedstawiać Justynę jako swoją narzeczoną. Jeszcze w tym samym tygodniu jego rodzina zorganizowała huczne zaręczyny. Justyna wróciła do Polski z obrączką na palcu (w Kościele prawosławnym obrączka jest symbolem zaręczyn) – co robiło w jej kraju duże wrażenie – żeby zakończyć pracę w liceum i przygotować się do wyjazdu na stałe.

Justyna Gnoińska

Migracja – adaptacja

Na stałe do Macedonii przyjechała kilka miesięcy przed ślubem w 1984 roku z dwiema walizkami – w jednej miała trochę rzeczy osobistych, w drugiej suknię ślubną. Mimo że przybyła bez pokaźnego posagu, to została dobrze przyjęta przez rodzinę męża. Zamieszkali w jego domu rodzinnym w centrum Strumicy. Przez kilka lat żyli w dosyć trudnych warunkach – z teściami i rodziną szwagra (mającą trójkę dzieci). Justyna urodziła w tym czasie dwie córki, Brankę i Jadwigę. W końcu jednak cała rodzina doszła do porozumienia – sprzedali zabytkowy dom w centrum miasta i kupili za niego trzy mieszkania. Dopiero na swoim Justyna poczuła się jak u siebie.
Cztery lata po przyjeździe dostała pierwszą pracę – została sprzedawczynią w sklepie Jugoprometu. Trudno powiedzieć, żeby takie stanowisko zadowalało ambicje osoby po studiach, szczęśliwie jednak wkrótce została przeniesiona do działu księgowości. Zaraz potem zaczęła rozpadać się Jugosławia, a wraz z nią upadły państwowe firmy, dlatego Justyna zdecydowała się otworzyć własną działalność – sprowadzała z Polski wyroby ze srebra i obrazy ze skóry. W rozwoju firmy przeszkodziła jednak wojna w Jugosławii, nie dało się przewozić towaru z Polski. Firma upadła i przez pewien czas Justyna znów pracowała jako sprzedawczyni. Potem jednak zaproponowano jej stanowisko dyrektora wykonawczego w dużej fabryce mebli. Zrezygnowała, kiedy zakład przejęty został przez greckiego inwestora. W końcu w 2007 roku została dyrektorem ośrodka dla niepełnosprawnych – tutaj się wreszcie spełnia zawodowo.

Życie codzienne w Macedonii

Obecnie Justyna poświęca się w dużej mierze pracy zawodowej. Nawet urlop, w trakcie którego odbyła się opisywana rozmowa, spędzała w pracy, przygotowując wyjazd do Chorwacji dla kilkorga podopiecznych ośrodka. Takie wyjazdy organizuje od samego początku swojego dyrektorowania w zakładzie. Kilkakrotnie wyjeżdżała z dziećmi do Polski, gdzie nawiązała współpracę z podobnymi ośrodkami, zorganizowała nawet wyjazd na audiencję u papieża Benedykta XVI.
Ma dwie dorosłe córki. Starsza, Branka, wyjechała na stałe do Polski, tam też skończyła studia. Młodsza, Jadwiga, mieszka jeszcze z rodzicami, studiuje w Macedonii. Obie nauczyły się doskonale mówić po polsku – Justyna twierdzi, że w zasadzie bez jej udziału, a chyba za pośrednictwem telewizji. Jeśli chodzi jednak o kultywowanie polskich tradycji, to zawsze starała się wychowywać dzieci w duchu patriotycznym (i polskim, i macedońskim zresztą). Zawsze organizuje podwójne święta Bożego Narodzenia – katolickie i prawosławne – w których bierze udział cała rodzina, również ze strony męża. Ślub co prawda wzięła w kościele prawosławnym, ale córki zabierała do kościoła grekokatolickiego – zorganizowała nawet dla nich w Strumicy „prawdziwą” pierwszą komunię: uroczystą, w białych sukienkach…
Z innymi Polkami w Macedonii nie utrzymuje zbyt częstych kontaktów, chociaż ciągle działa w stowarzyszeniu „Wisła” – jeździ do Skopja na spotkania z okazji różnych świąt państwowych, kiedyś nawet sama organizowała polskie spotkanie bożonarodzeniowe w Strumicy. Utrzymuje też kontakt z Polską na polu zawodowym. Poza wspomnianymi wyjazdami dzieci udało jej się, dzięki pomocy polskiej ambasady, zdobyć grant pomocowy polskiego MSZ na budowę basenu w ośrodku w Bansko.

Tożsamość

Justyna czuje się jednocześnie patriotką polską i macedońską. „Nigdy nie powiem, gdzie jest mi lepiej. Dla mnie zawsze najpiękniejszym krajem będzie Polska, najwspanialszym. I moje rodzinne miasto. Cenię też Macedonię, dlatego że tutaj mieszkam, tu urodziłam dzieci, założyłam rodzinę”. Ale na pytanie, czy myślała, żeby kiedyś wrócić do Polski, odpowiada: „Nie potrafiłabym już żyć w Polsce. Nie chciałabym, żeby pan mnie źle zrozumiał, jestem wielkim polskim patriotą… Ale wyjechać do Polski… Już widzę, że Polska bardzo się zmieniła (…) nie potrafiłabym”.