Barbara Gil-Šumarov
60 lat, Strumica
1
2
3

Biografia

Barbara spędziła młodość na Górnym Śląsku, tam zaczęła pracę, studiowała. W 1973 roku na wakacjach w Bułgarii poznała przyszłego męża. Ślub wzięli trzy lata później, ale do Macedonii Barbara przeniosła się na stałe dopiero w 1982 roku. Przez jakiś czas nie pracowała, potem została sprzedawczynią w domu handlowym. Po rozpadzie Jugosławii całą rodziną wyjechali na rok do Niemiec. Po powrocie do Macedonii Barbara zajęła się własną działalnością – szyła firanki. Od kilku lat stan zdrowia nie pozwala jej na pracę.
Ma dwóch synów. Starszy, urodzony jeszcze w Polsce, mieszka na stałe w Szwajcarii, młodszy wyemigrował do Polski.

Przed migracją

Urodziła się i wychowała w Gliwicach, chociaż nie jest Ślązaczką. Jej matka pochodziła z Podkarpacia, a ojciec – oficer ludowego Wojska Polskiego i były sekretarz Partii – spod Częstochowy. Po skończeniu liceum Barbara zrobiła sobie roczną przerwę w nauce i znalazła pracę w charakterze sekretarki na Politechnice Śląskiej. Wtedy też, po maturze, pojechała z kilkoma koleżankami na wakacje do Bułgarii. Tam poznała swojego męża, Ilię. Potem Barbara zaczęła studia w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Katowicach, a z przyszłym mężem spotykała się wakacje – czasem w Macedonii, czasem on przyjeżdżał do Polski. Poza tym często do siebie pisali – po niemiecku. W końcu w 1976, po trzech latach znajomości, wzięli w Polsce ślub.
Po ślubie zaczęła pracę w zakładach Bumar i dalej mieszkała z rodzicami w Gliwicach. Mąż przyjeżdżał co jakiś czas na dwa, trzy miesiące. Wkrótce potem urodziła pierwszego syna, Marcina.

Migracja — motywacja

W zasadzie Barbara miała po ślubie zamieszkać z mężem. Kiedy jednak przyjechała do Strumicy po raz pierwszy, jeszcze przed ślubem, Macedonia trochę ją przeraziła. I warunki, w jakich mieliby mieszkać – liczne rodzeństwo męża i teściowie w jednym małym, starym domu – też uznała za zbyt trudne. Dlatego postanowiła zostać w Polsce do czasu, aż mąż dostanie mieszkanie. Kiedy w końcu zdecydowała się wyjechać na stałe, dostała paszport i była w zasadzie gotowa do przeprowadzki, wprowadzono stan wojenny. Nie dało się wyjechać, paszporty straciły ważność i Barbara musiała starać się w Warszawie o nowy – tylko żeby dojechać do stolicy, musiała zdobyć pozwolenie na podróż pociągiem… Jedynym sposobem kontaktu z mężem w tamtym czasie było pisanie pocztówek – telefony i telegramy nie działały, listy zaś szły o wiele dłużej. W końcu udało się załatwić wszystkie formalności i w marcu 1982 roku Barbara wyemigrowała do Jugosławii. Chociaż nie była nawet pewna, czy pociąg, którym jechała do Belgradu, nie zostanie zatrzymany na którejś granicy.

Migracja – adaptacja

Zamieszkali w bloku na obrzeżach Strumicy. Z początku żyli tylko z pensji męża, więc teściowie starali się im pomagać. Barbara została przyjęta przez rodziców męża bardzo serdecznie. Siostry były bardziej podejrzliwe: „Wypytywały mnie o wszystko. Czy jestem w ogóle jakąś gospodynią, a ja z takimi długimi paznokciami, one myślały, że ja nic nie umiem robić” – wspomina. „Czy wszystko mam tak zrobione, jak one by to chciały… Na przykład, czy w szufladzie mam gazetę wyłożoną pod widelcami. Ja gazet nie używam. Czy pralka jest wytarta, jak wyprałam pranie…”
Przez pierwsze dwa lata mieszkania w Macedonii Barbara jeździła do kraju co kilka miesięcy. Dopiero w 1984 roku dostała stałą pracę – na bardzo niezadowalającym stanowisku sprzedawczyni w domu handlowym. Kiedy została przeniesiona do biura, poczuła się lepiej. Jednak po ośmiu latach przedsiębiorstwo upadło, a Barbara straciła pracę. Postanowili z mężem wyjechać do Niemiec. Chcieli nawet zostać na stałe, ale im się nie udało. Po roku wrócili do Macedonii. Myśleli też, żeby emigrować z powrotem do Polski: „Ale po prostu nie miałam już siły do jakichś przeprowadzek.”
W tym czasie młodszy syn, urodzony już w Macedonii, poszedł na studia do Wrocławia i tam już został, starszy zaś wyjechał na stałe do Szwajcarii. Chciał ściągnąć rodziców do siebie, ale Barbara powiedziała: „Co ja będę teraz robiła w Szwajcarii?” W końcu powiedziała mężowi: „Ja nie chcę już stąd wyjeżdżać. Więcej mieszkam tutaj, niż mieszkałam w Polsce.”

Życie codzienne w Macedonii

Tak więc zostali. Barbara otworzyła własny biznes – szyła firanki i sprzedawała je w swoim sklepie w starej części miasta. Stan zdrowia zmusił ją jednak do zamknięcia interesu. Teraz oboje z mężem nie pracują (mąż jest już na emeryturze). Dość często jeżdżą do Polski i do syna w Szwajcarii. W utrzymywaniu kontaktu z rodzinnym krajem nieocenionym ułatwieniem jest dla Barbary internet. Prawie codziennie pije poranną kawę rozmawiając na Skypie z koleżanką z Gliwic.
Kontakty z innymi Polkami w Macedonii, kiedyś intensywne, w ostatnich latach trochę się rozluźniły. Barbara wspomina, jak kiedyś, zanim dorosły jej dzieci, rodziny wszystkich pięciu Polek ze Strumicy spotykały się na wspólnej Wigilii. W czasie słynnego na całą Macedonię strumickiego karnawału organizowały spotkania Polek z całej Macedonii, co roku przyjeżdżało kilkanaście osób.
W domu Barbara rzadko mówi po polsku. Kiedy jej dzieci chodziły do szkoły (jeden syn na rano, drugi na popołudnie), musiała na zmianę pomagać im lekcjach, sama też zresztą uczyła się wtedy macedońskiego. Po polsku mówiła w zasadzie tylko z innymi Polkami. Synowie nauczyli się ojczystego języka matki raczej dzięki częstym wyjazdom do kraju (młodszy jeździł na kolonie organizowane przez ambasadę) i potem z telewizji satelitarnej; mama czasem tylko kupowała im jakieś polskie bajki. Sama Barbara mówi, że kiedy przez dłuższy czas nie odwiedza Polski, zmienia się jej akcent, zaczyna zapominać języka… Kultywuje za to polskie tradycje – zawsze organizuje dwa razy święta Bożego Narodzenia – po polsku i po macedońsku. Na polską Wigilię robi dwanaście potraw, czytane jest Pismo Święte; na macedońską – piecze tradycyjny chlebek z pieniążkiem. Chodzi i do cerkwi, i do kościoła (grekokatolickiego, bo tylko taki jest w Strumicy). Młodszy syn został ochrzczony w kościele prawosławnym, ale pierwszą komunię przyjął w kościele katolickim.

Tożsamość

"Czuję się Polką. Ale myślę, że mój mąż bardziej narzeka na Macedonię niż ja. Ja po prostu się przyzwyczaiłam”