Stanisława Banowska
74 lata, Skopje
1
2
3

Biografia

O początkach losów Stanisławy trudno powiedzieć coś konkretnego – jeszcze jako dziecko trafiła do sierocińca w Rosji: „Ja nic nie wiem.. nazwisko, imię, data urodzenia – wszystko dane. Pytali się, czy chcę Lipska czy Wasilewska. Ja Lipska sobie wybrałam. Tak, że nie mogłam szukać nikogo, bo nie wiadomo, co i jak. Wiem, że dzieci były podczas wojny wywiezione, żeby uratować dzieci.” W 1946 roku wróciła z Rosji do Polski. Z podróży do Polski w pamięci pozostały już tylko strzępy wspomnień: „Czterdziesty szósty rok, w maju, żeśmy jechali tymi towarowymi [pociągami], nawet na dachach, na wagonach siedzieli. A pamiętam, że Niemcy pracowali przy szynach. (…) Jedna kobieta szła po wodę – bo to ani wody, ani nic. I umyć się w takich wagonach. (…) Kobieta szła z wiadrami i akurat pociąg ruszył i ucięło jej nogi. pamiętam, że w prześcieradło ją wzięli. ten wypadek tak mi utkwił”.
Po powrocie do Polski trafiła do domu dziecka w Lucieniu. Potem w Gostyninie mieszkała w domu młodzieżowym. Zaczęła naukę w szkole pedagogicznej, ale zrezygnowała z niej, by szybciej się usamodzielnić. Ponieważ była uzdolniona plastycznie, trafiła do szkoły ceramicznej: „Zdawaliśmy egzamin, postawili taką głowę i kto dobrze narysował, ten zostawał w tej malarni”.
W 1954 roku w szkole w Bolkowie poznała męża – Macedończyka z Macedonii Egejskiej, czyli tak zwanego „Egejczyka”. W 1958 roku, zaraz po ukończeniu szkoły, wzięli ślub. W 1976 roku wyjechali razem na stałe do Macedonii.
Mają trójkę dzieci, syn mieszka razem z nimi w Skopju, córki zaś wyjechały wraz ze swoimi rodzinami do Australii. Niedługo państwo Banowscy jadą do nich w odwiedziny.

Przed migracją

Wspomnienia Stanisławy z czasów młodości są związane przede wszystkim z pobytami w kolejnych placówkach – w domach dziecka, internatach. Anegdotki przeplatają się tu z opowieściami o trudnych warunkach, w jakich przyszło żyć sierocie zaraz po wojnie. Przykładem niech tu będzie słodko-gorzka historia z domu młodzieżowego w Gostyninie: „Z Płocka przyjeżdżali, mieli nas pod opieką, z Płocka browar. No i przywozili nam piwo, nie piwo, soki, nie soki, znaczy na święta. No i jeden Pan Stasiu – się po prostu zakochał we mnie. Stary już. biegał. Dziewczyny zazdrościły. Mówił: «Ty będziesz żoną mojego syna». [śmiech] Patrzę, 8 maj – bo on był też Stasiu – paczuszka do mnie przyszła. Jego żona ciastek napiekła, cukierków. Żeśmy siadły to, tą paczuszkę pamiętam do dzisiaj. Nigdy nic nie dostałam od nikogo, a ta paczuszka mi utkwiła na całe życie.”
Męża poznała w 1954 roku w szkole ceramicznej w Bolkowie – i od tamtej pory są w zasadzie nierozłączni. Jak w prawdziwym romansie nie obyło się przy tym bez dramatycznych perypetii. Oto, jak początki ich znajomości wspomina mąż Stanisławy – pan Ryszard:„jak się zapoznalim? nie wypada tego mówić. [śmiech] Żona mnie się podobała. (…) Każdy miał swój stół do malowania. Ona miała koleżankę z domu dziecka. Ja zawsze stawałem koło koleżanki, żeby ją widzieć. A koleżanka myślała, że ja do niej zawalam. Jak zaczęłem, zacząłem ze Stasią chodzić, to tamta na nią się pogniewała «ty mi chłopaka odbiłaś!».

Migracja — motywacja

Poczucie osamotnienie w Polsce, braku korzeni i rodziny bardzo doskwierało Stanisławie. Ponieważ mąż miał rodzinę w Macedonii, namawiała go na wyjazd z Polski. Dodatkową motywacją była dramatyczna sytuacja w Polsce, panujące niedobory podstawowych produktów żywnościowych. Różnica w porównaniu z Jugosławią była w owym czasie kolosalna.
Niestety, przyjazd do Macedonii bardzo ją rozczarował. Warunki, w jakich znaleźli się wtedy z mężem i trójką dzieci, były naprawdę koszmarne. Zamieszkali razem z innymi rodzinami uchodźców w dzielnicy Kisela Voda. Dostali jednopokojowe mieszkanie, ze wspólną łazienką na korytarzu. Obydwoje niezbyt przyjemnie wspominają ten okres swojego życia, określając go jako niezwykle trudne doświadczenie. Z czasem jednak, wspólnymi siłami i dzięki ciężkiej pracy, udało im się stworzyć normalne warunki do egzystencji.
Zdolności kulinarne przydały jej się, gdy zaczęła pracę w restauracji, w kuchni: „umiałam gotować, jak to jedna kobieta mówiła: «jak ty Stasia gotowałaś, cały hotel. cały hotel ładnie pachniał twoim obiadkiem». Lubiłam gotować – jeszcze w szkole zeszyt prowadziłam, takie dobre jedzenie sobie pisałam, rysowałam,jak to wszystko. Jak mnie kierownik widział: «Co ty myślisz, samo takie dobre jedzenie będziesz gotowała? Co ty piszesz?» mówi. I rzeczywiście, było tak ciężko, ale jakoś. przetrwaliśmy..” .

Stanisława Banowska

Migracja – adaptacja

Warunki mieszkaniowe, w jakich przyszło im żyć zaraz po przyjeździe, były bardzo skromne. Stanisława początkowo bardzo źle zniosła przeprowadzkę do Macedonii. Jak sama mówi: „Ja na przykład. i ten język zniecierpiałam. i Macedonię. znienawidziałam. i te ich piosenki. nienawiść. dlatego że oszukali. ale teraz mi się wszystko podoba. I piosenki, i folklor. i wszystko, i tańce. Już minęło. i wszystko już minęło to straszne”. Nie znała języka, którego musiała się uczyć bezpośrednio od ludzi. Do dzisiejszego dnia słyszy od obcych ludzi, że nie jest stąd: „jak gdzieś idę na pazar [bazar] , i coś mówię, «a ty Rusinka?». Do tej pory, i ten akcent. Ludzie poznają”.
Dzięki pracy w restauracji poznała trochę Macedonek, które nauczyła gotować polskie potrawy, takie jak barszcz ukraiński czy buraczki. Jej dania były bardzo cenione przez znajome.
Na sugestie męża dotyczące potencjalnego powrotu do Polski, odpowiada zdroworozsądkowo: „na stare lata nie możesz na nowo urządzać wszystko, od nowa życie. I tam też się zmieniło, ludzie się zmienili. poumierali ludzie, koledzy, koleżanki. już by nie było tego, co było. znaczy, znowu zaaklimatyzować się w nowym środowisku – ciężko.”

Życie codzienne w Macedonii

Dziś jest już na emeryturze. Lubi wracać do przeszłości, wspominać czasy, gdy mieszkali z mężem w Polsce. Widać, że to są miłe wspomnienia. Gdy o nich mówi, zdaje się uśmiechać nie tylko do siebie teraz, ale też do tej osoby, którą była wtedy – gdy jeszcze nie wiedziała, co los jej przyniesie.
Źródłem jej wielkiej radości są córki, które wyemigrowały do Australii i bardzo dobrze się tam urządziły. Zwłaszcza wyjazd starszej córki przebiegał w dość dramatycznych warunkach, bo z powodu trudnej sytuacji materialnej wyjeżdżała tylko z jedną walizeczką, a dziś ma w Australii dwa domy. Kontakt z dziećmi podtrzymuje dzięki nowoczesnym technologiom, takim jak Skype. Gdy mówi o swoich wnukach, twarz rozpromienia jej uśmiech: „Położyliśmy się spać [a wnuczka mówi] «teraz mnie grp [drap] po plecach. grep mnie przed spaniem..». I teraz jak patrzyliśmy się przez internet, i pyta «jak przyjedziesz, to będziesz mnie grpkała?» Znaczy drapała? A to samo i Sylwia. po pleckach, po pleckach. I tak zasypiała…”.
W ich domu codziennie pije się herbatę, co jest w Macedonii czymś niezwykłym, a w czasie obiadu na stole koniecznie musi pojawić się zupa do drugiego dania.

Tożsamość

Czuje się Polką.
Ostatni raz w Polsce była dwa lata temu.