Krystyna Mihailidis
48 lat, Gostivar
1
2
3

Biografia

Krystyna Mihailidis, z domu Kurzawa, urodziła się w 1964 roku w Zgorzelcu. W 1984 roku wyjechała na wakacje do brata do Macedonii. W wyniku intrygi brata jeszcze tego samego roku w ambasadzie w Belgradzie wzięła ślub z jego sąsiadem . Pół roku później mąż uległ poważnemu wypadkowi, a jego rekonwalescencja trwała prawie cztery lata. Siedząc przy szpitalnym łóżku z pielęgniarkami Krystyna nauczyła się pić kawę, której wcześniej w ogóle nie piła.
W tym samym czasie, gdy miało miejsce to zdarzenie, Krystyna została zatrudniona w Gostivarze w zakładzie krawieckim. Dzięki pracy nawiązała wiele bliskich znajomości z mieszkankami Gostivaru. Została nawet kumą (świadkową) na ślubie brata jednej z koleżanek – co jest wielkim wyróżnieniem w Macedonii.
Krystyna aktywnie uczestniczyła w życiu Polonii. Niedługo po urodzeniu dzieci zaczęła prowadzić szkółkę języka polskiego w Gostivarze, do której przychodziły nie tylko polskie dzieci, ale też albańskie. Dziś nadal mieszka w Gostivarze z mężem i dwoma synami. Pracuje jako tapicer.

Przed migracją

Krystyna urodziła się w Zgorzelcu. Na początku mieszkała z rodzicami i trójką rodzeństwa w Stojanowie, następnie rodzina przeprowadziła się do Pieńska, gdzie Krystyna ukończyła szkołę podstawową. Do szkoły zawodowej, gdzie kształciła się w specjalizacji szwaczki dzianin, uczęszczała w Zgorzelcu. Kolejnym etapem jej edukacji była wyższa szkoła odzieżowa w Wałbrzychu (co wiązało się z przeprowadzką do Świdnicy). Niestety, z powodu trudnej sytuacji materialnej w jakiej znalazła się jej rodzina po śmierci ojca, musiała przerwać naukę i wrócić do Pieńska, gdzie podjęła pracę w lokalnej fabryce szkła. W 1984 roku wyjechała na wakacje do brata, który poślubił Egejkę, i wraz z nią wyprowadził się do Macedonii, do Gostivaru. Wyjeżdżając z Polski nie wiedziała, że wyjeżdża na stałe. Nie podejrzewała też, że jej brat wraz z sąsiadem, umyślili zawczasu, że zostanie ona jego żoną.

Migracja — motywacja

Krystyna wyjeżdżając w 1984 roku na wakacje do brata nie podejrzewała, że zostanie tam na stałe. Bratu bardzo zależało, żeby została w Macedonii – tym bardziej, że sytuacja w Polsce była bardzo niestabilna i nieciekawa, był to okres rozruchów, strajków – czasy „Solidarności”. Jak mówi Krystyna, „robiło się gęsto”. By zatrzymać siostrę w Gostivarze, brat postanowił zeswatać ją ze swoim sąsiadem – Macedończykiem Egejskim, który wrócił wcześniej z Czech wraz z rodzicami (siostra nie wróciła razem z nimi – zbuntowała się, wyszła za Czecha i została na miejscu w Czechach).
Ponieważ po przyjeździe Krystyny jej brat „nie miał czasu” się nią zajmować, sąsiad zaproponował, że pokaże jej Macedonię. W tym samym czasie brat zaczął namawiać ją na ślub – w celu uzyskania jugosłowiańskiego paszportu. W końcu Krystyna uległa namowom brata. Mimo że ślub miał mieć charakter fikcyjny, to miłe usposobienie męża, jego troskliwość i wsparcie w trudnych chwilach ujęły Krystynę.
Niestety ślub nie spotkała się z aprobatą ze strony rodziny męża, ponieważ ci planowali ożenić go ze swoją sąsiadką.

Krystyna Mihailidis

Migracja – adaptacja

Krystyna początkowo miała sporo problemów z adaptacją. Przede wszystkim przyszło jej się zmierzyć z rozlicznymi różnicami kulturowymi, jakie występują miedzy Polską a Macedonią (która była wtedy o wiele bardziej konserwatywna). Jedną z rzeczy, która najbardziej rzuciła jej się w oczy, było to, że kobiecie nie wypadało chodzić do kawiarni, czy spacerować samej po mieście. Jednocześnie cały czas znajdowała się pod czujnym okiem mieszkańców Gostivaru, którzy chętnie i zaskakująco szybko informowali jej najbliższych o wszystkim, co robiła: „No i jak się wróciłam do domu, to mój brat, mój mąż i wszyscy wokoło wiedzieli, gdzie siedziałam, co piłam, co jadłam i gdzie byłam”.
Problemem okazał się też strój – miejscowe kobiety nie nosiły spodni, co Krystynie wydawało się szczególnie dziwne: „Tutaj kobieta po prostu nie mogła ubrać spodni. A ja byłam nauczona w dżinsach. To był taki szok, no bo kobieta, mężatka, w dżinsach? Boże… my byliśmy tutaj relacją [atrakcją]!”. Musiała też zrezygnować z noszenia swoich najładniejszych sukienek przywiezionych jeszcze z Polski, gdyż były one ozdobione kwiatowym wzorem, a takie nosiły się tylko Albanki. Problematyczne okazały się również kwestie lokalnego savoir-vivre’u: raz, chcąc ugościć kolegów męża, poczęstowała ich na wstępie kawą, co zostało skomentowane przez nich następująco: „my jeszcze żeśmy nie weszli, a ona już nas wygania”.
Jednych rzeczy można się nauczyć, z innych można zrezygnować. Ale co zrobić, gdy rodzina męża nie zgadza się, by dzieci zostały katolikami? Krystyna poradziła sobie z tym następująco – ochrzciła je potajemnie w domu koleżanki.

Życie codzienne w Macedonii

Dziś Krystyna pracuje jako tapicer w firmie prowadzonej przez Turka, tworząc niezastąpiony, jednoosobowy zespół – nawet w niedzielę, dniu wolnym od pracy, szef dzwonił do niej zapytać, czy by nie przyszła do pracy.
Dzięki miłemu usposobieniu ma dziś duże grono znajomych – przede wszystkim wśród kobiet, z którymi przyszło jej pracować. Wśród nich są zarówno Macedonki, jak i Albanki. Cieszy się ich szacunkiem, ponieważ nie opuściła męża w trudnej sytuacji. O tym, jak bliskie są to relacje świadczyć może choćby to, że gdy po chorobie leżała w domu, to właśnie macedońskie przyjaciółki zorganizowały jej wigilię – by podtrzymać coroczną tradycję wigilijnych spotkań przy jej stole.
Przez wszystkie lata Krystyna starała się podtrzymywać kontakty z Polską i Polakami – i to nie tylko tymi, którzy wyemigrowali na stałe do Macedonii. Starała się między innymi stworzyć namiastkę domu dla żołnierzy z KFORu. Warto w tym miejscu przytoczyć taką historię: „Jak ona [żona żołnierza] przyjechała do męża w odwiedziny, nie znalazła męża w jednostce, to z jednostki ją wysłali do Gostivaru. Przyjeżdża do Gostivaru, po prostu zobaczyć, gdzie jest mąż, gdzie wybył. Wchodzi do domu, a tu wesoła atmosfera, grali, śpiewali, bo było parę osób muzykalnych, grali po prostu na harmonijce i jej się to tak spodobało, że do dzisiejszego dnia z nami utrzymuje kontakt (…), bo ona już nie została w tej jednostce, tylko została u mnie, spała na materacu dmuchanym.”
Przez ponad dziesięć lat Krystyna prowadziła też szkółkę języka polskiego, do której uczęszczały nie tylko polskie, ale również albańskie dzieci – jej dawni wychowankowie do dziś kłaniają jej się na ulicy i pozdrawiają po polsku. Z wielkim sentymentem wspomina spędzony z nimi czas.

Tożsamość

Krystyna wciąż czuje się Polką. Bardzo pozytywnie ocenia jednak Macedonię i Macedończyków – jako wyjątkowo ciepłych ludzi. W trakcie swoich wizyt w Polsce zauważyła, że jej dawni znajomi bardzo się zmienili: „nie ma tego serca gorącego, tak jak wcześniej było. Jakoś tacy… może ta pogoń za bogactwem, za innym życiem troszkę może ich zgubiła”.